#pressrelease
8 min

Wywiad z CEO Fresh Inset – Andrzejem Wolanem

Dzięki uprzejmości Zespołu ING. Wywiad z CEO Fresh Inset, Andrzejem Wolanem, ukazał się w czerwcu 2023 roku w serwisie spolecznosc.ing.pl.

Czy wiesz, że najwięcej owoców i warzyw marnuje się nie w naszych domach, ale w transporcie? Setki milionów ton utraconych owoców i warzyw to ogromne koszty ekonomiczne i środowiskowe. Poznaj polską markę, która ma pomysł na rozwiązanie tego poważnego globalnego problemu. Zapraszamy na rozmowę z dr. Andrzejem Wolanem, CEO Fresh Inset.

Jak dużym problemem ekologicznym jest marnowanie żywności w Polsce i na świecie?

Szacunki są różne, ale nawet najostrożniejsze, optymistyczne wyliczenia wskazują na marnowanie około 40% wyprodukowanych owoców i warzyw – na etapach produkcji, pakowania, transportu i dystrybucji. To ogromny odsetek. W Unii Europejskiej (skąd pochodzą najbardziej wiarygodne dane) co roku odnotowuje się straty rzędu 88 mln ton, co oznacza 150 mld EUR kosztów. Wpływa to nie tylko na rentowność produkcji, ale też na ślad węglowy, wodny i energetyczny związany z wyrzucaniem tak ogromnych ilości owoców i warzyw. Wyzwanie, przed którym stoimy, jest naprawdę gigantyczne. Kupowanie zbyt dużej ilości jedzenia, które potem marnuje się w domu, to tylko wierzchołek góry lodowej. Mało kto zwraca na przykład uwagę na kontenerowiec wpływający do portu, z którego większość ładunku może nie nadawać się już do spożycia. Gdybyśmy uratowali choćby 10% wyrzucanych owoców i warzyw, ograniczylibyśmy emisję CO2 o tyle, ile wytwarza kilka milionów samochodów.

Jak działa Wasze rozwiązanie?

Nasze rozwiązanie opiera się na substancji aktywnej – 1-metylocyklopropenie (1-MCP). Jej działanie odkryto ponad 20 lat temu i od tego czasu jest ona szeroko stosowana w produkcji jabłek. Ponieważ jabłka trzeba przechowywać długo – około 10 miesięcy, do kolejnych zbiorów – trzeba było zapewnić im odpowiednie warunki. 1-MCP szybko stał się tu standardem. Podaje się go w dość specyficzny sposób – jako proszek wsypywany do wody, który w zamkniętej komorze chłodniczej zaczyna uwalniać gaz. Stężenie jest bardzo niskie (jedna część na milion lub nawet mniej), a sam związek jest bezpieczny dla ludzi, zwierząt i środowiska. Po 24 godzinach ekspozycji jabłek na gaz komorę się wietrzy i zamyka na prawie rok. Przez ten proces przechodzą wszystkie jabłka, które kupujemy zimą i wczesnym latem.

Zadaliśmy sobie pytanie, dlaczego z tej substancji korzystają tylko jabłka. Postanowiliśmy znaleźć prosty sposób dostarczenia 1-MCP do innych owoców i warzyw. Skoro jabłka można „zabezpieczyć” nawet na 10 miesięcy, musiał istnieć sposób, by chronić też inne produkty na wszystkich etapach łańcucha produkcji i dostaw – aż do sklepu i konsumenta. Zgromadzenie 2000 ton owoców i warzyw w jednym miejscu nie wchodziło w grę. Musieliśmy działać lokalnie – w opakowaniu. Opracowaliśmy system, w którym 1-MCP uwalnia się bezpośrednio w pojemniku typu clamshell, kartonie czy na palecie. Od pomysłu do wdrożenia minęło kilka lat. Uzyskaliśmy patent oparty na uwalnianiu 1-MCP z naszej autorskiej naklejki Vidre+™ umieszczonej przy warzywach lub owocach pod wpływem obecnej w nich wilgoci. Innymi słowy: warzywa i owoce, oddychając, wytwarzają wilgoć, wilgoć aktywuje naklejkę i w tym momencie w opakowaniu uwalnia się potrzebna substancja. Proste, prawda?

Dla kogo są Wasze naklejki? Dla rolników, hurtowników, sklepów, konsumentów?

Nasz rynek docelowy zaczyna się od producentów – na polach czy w sadach – a dalej, w zależności od sposobu dystrybucji, naklejkę stosujemy w całym łańcuchu dystrybucji: w firmach transportowych i u hurtowników. Nasz produkt nie jest przeznaczony przede wszystkim dla klienta końcowego. Najwięcej owoców i warzyw marnuje się w transporcie, a to dystrybutor ma największy wpływ na formę i jakość produktów, które trafią do konsumenta. Nasza strategia obejmuje jednak także produkty konsumenckie. Będą to opakowania – na przykład torebki – zawierające 1-MCP.

Obecnie skupiamy się na rynkach największych producentów żywności. Na początku naszej drogi skoncentrowaliśmy się na Ameryce Południowej – dużym producencie, który musi wysyłać swoje produkty drogą morską i lotniczą, choć transport lotniczy traci na popularności. Przykładowo awokado płynie do Europy 6 tygodni i musimy pomóc mu przetrwać tę wymagającą podróż.

Skąd wziął się ten pomysł i jak długo nad nim pracujecie?

Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Nasza „spółka matka” – Synthex Technologies – zainteresowała się 1-MCP. Zaczęliśmy pracować nad jego syntezą i odpowiednią formą aplikacji. Na początek sprzedawaliśmy 1-MCP do zastosowań wielkoskalowych. W międzyczasie staraliśmy się „zdemokratyzować” rynek 1-MCP i sprawić, by korzystały z niego nie tylko jabłka. Jako chemicy w Synthex Technologies uczestniczyliśmy w wielu projektach badawczych i mieliśmy doświadczenie w rozwiązywaniu różnych problemów branży agrotechnicznej. Pomysł ewoluował, aż znalazł ostateczne zastosowanie w spółce zależnej – Fresh Inset.

Jak wyglądała Wasza droga do miejsca, w którym jesteście dziś? Z jakimi wyzwaniami się zmierzyliście i jak je pokonaliście? Jakie macie plany na najbliższą przyszłość?

Pierwsze doświadczenia startupowe zdobyliśmy jako „spółka matka” – Synthex Technologies. Przeszliśmy długą drogę, podczas której wiele się nauczyliśmy. Jak każda marka mieliśmy wzloty i upadki. Mieliśmy jednak ogromne szczęście do inwestorów. Spotkaliśmy ludzi, którzy nie tylko inwestują pieniądze, ale też zapewniają bezcenne wsparcie eksperckie. Otrzymaliśmy ogromną pomoc, na przykład w organizacji funkcjonowania firmy. Gdy w 2018 roku zakładaliśmy Fresh Inset, suma tych doświadczeń bardzo nam pomogła.

Nie jesteśmy jeszcze startupem, który zarabia więcej, niż wydaje, ale zdecydowanie zbliżamy się do tego momentu. Mamy już za sobą ryzyko technologiczne i konieczność udowodnienia skuteczności oraz procedur. Mamy gotowy produkt, który przechodzi procesy rejestracji i dopuszczenia do obrotu. Do tego dochodzą koszty ochrony patentowej na 52 rynkach. Już sprzedajemy w Argentynie, wkrótce zaczniemy w Ekwadorze, do tej grupy powinno dołączyć Peru, a potem Brazylia, Kolumbia i inne kraje Ameryki Południowej. Przygotowujemy się też do startu w Stanach Zjednoczonych, co z pewnością popchnie nas do przodu. Co więcej, naszą technologię można stosować także w przypadku kwiatów. Obecnie testujemy to w Holandii, Kenii i Etiopii.

W przypadku niektórych produktów zapotrzebowanie na metody ochrony jest tak duże, że możemy stać się standardem rynkowym. Wiem, że mamy taki potencjał, i wszyscy na tym skorzystają.

Jak udaje się Wam koordynować projekty tak zróżnicowane geograficznie i kulturowo?

To wymagające zadanie, bo gdy w Polsce kończy się dzień pracy, w Ameryce Południowej dopiero się zaczyna. Gdy wejdziemy na rynek azjatycki (przygotowania już trwają, mamy nawet partnera w Indiach), nasz dzień będzie trwał ponad 24 godziny.

Pracujemy jednak z profesjonalistami. Współpracujemy z zaufanymi osobami, które znają specyfikę lokalnych rynków – ze specjalistami o szerokiej wiedzy z zakresu agrochemii, testów na owocach i warzywach, fizjologii roślin i rozwoju biznesu. W krajach Ameryki Łacińskiej relacje osobiste są w biznesie kluczowe, a zaufanie trzeba zdobywać z czasem. Kontaktujemy się niemal codziennie, a raz lub dwa razy w tygodniu mamy długie spotkania zespołu, na których ustalamy priorytety. Ten system dobrze się sprawdza. Co ciekawe, pandemia trochę pomogła biznesowi. Wcześniej trudno było sobie wyobrazić prowadzenie firmy działającej na kilkudziesięciu rynkach zagranicznych bez ciągłych podróży i spotkań twarzą w twarz. Teraz wszyscy przyzwyczaili się do komunikacji online i załatwiania w ten sposób poważnych spraw biznesowych. Myślę, że świat się skurczył. Zmieniły się standardy i oczekiwania, a wiele rzeczy jest teraz łatwiejszych. Oczywiście w pewnym momencie wróciliśmy do latania – nasz kalendarz jest obecnie wypełniony. Traktujemy to jednak jako powód do radości, bo wiąże się to już z podpisywaniem umów z dużymi graczami na rynku owoców i warzyw.

Dotarliście do finału 2. edycji Programu Grantowego ING. Jak wspominacie udział w tym wydarzeniu?

Udział w konkursach to dla nas zawsze świetne doświadczenie. Daje okazję do poznania innych marek – zobaczenia, czym się zajmują i jakie problemy rozwiązują. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale w pewnym sensie nawet ucieszyło mnie, że nie zdobyliśmy nagród w Programie Grantowym ING. Jesteśmy już na bardziej zaawansowanym etapie niż większość startupów biorących udział w konkursie. Nagrodzone firmy po prostu bardziej potrzebowały tych grantów. Decyzje jury mnie nie dziwią. Niezależnie od ostatecznych wyników mieliśmy okazję zwrócić uwagę na problem i zaprezentować naszą technologię. Bardzo dobrze wspominamy to wydarzenie – doskonała organizacja i świetna atmosfera. Udział w projekcie i dotarcie do finału pokazują, że jesteśmy godni zaufania. Ponieważ grupa ING ma holenderskie korzenie, zyskaliśmy dostęp do cennych kontaktów na rynku kwiatów.

Co doradziłby Pan startupom i młodym naukowcom, którzy mają pomysł na ekobiznes?

Po pierwsze: naukowcy nie powinni bać się współpracy z ludźmi z doświadczeniem rynkowym. Każdy pomysł trzeba „budować” z wiedzą o komercjalizacji. W przeciwnym razie nigdy nie ujrzy światła dziennego. Dotyczy to również ochrony patentowej i wzorów przemysłowych. Po drugie: trzeba umiejętnie zarządzać finansami startupu. Po trzecie: nie warto bać się współpracy z instytucjami publicznymi i funduszami. W zdecydowanej większości przypadków taka współpraca przynosi startupom korzyści. Często obserwuję silne przywiązanie do własnego projektu i pewną niechęć do „oddania go komuś innemu”. Z jednej strony to zrozumiałe i dobre, ale z drugiej – blokuje rozwój. Jak przekonać inwestora do inwestycji, jeśli oferujemy mu ułamek procenta wartości firmy? Dużym wyzwaniem jest właściwa wycena – pokazanie zarówno przyszłego potencjału rozwiązania, jak i rzeczywistego miejsca, w którym startup się znajduje. Warto zadać sobie pytanie, co możemy zyskać na współpracy z odpowiednimi ludźmi, a co stracimy, jeśli z niej zrezygnujemy.

Jak postrzega Pan obecne relacje między biznesem a ekologią?

Z jednej strony te relacje z pewnością kształtują wymogi europejskie. Z drugiej strony widzę – zwłaszcza w branży spożywczej – że duże marki rozpoczynają lub już realizują projekty, które idą jeszcze dalej. Zwłaszcza w ograniczaniu śladu węglowego w transporcie. Jest wiele świetnych i przydatnych programów. To pokazuje, że ekologiczny wymiar biznesu staje się naprawdę ważny i przyciąga klientów. Wiele ciekawych rzeczy dzieje się też w sektorze chemicznym i agrochemicznym. Nie widać tego na co dzień, bo jest to głęboko osadzone w technologii, ale prace nad zwiększaniem bezpieczeństwa produktów i usprawnianiem procesów wciąż trwają. Ekologię można dostrzec na wielu różnych poziomach. Przed nami jeszcze długa droga, ale zmierzamy we właściwym kierunku.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Powiązane artykuły